Wczoraj rano wybraliśmy się na Cultural Show. Miał on rozpocząć się o 8 rano, ale nauczeni, że w PNG nigdy nic nie jest na czas, pojechaliśmy na 9. O 9 nawet nie zanosiło się, że show się odbędzie, pojechaliśmy więc do centrum.
W centrum odwiedziliśmy kawiarenkę internetową, jednak jakość łącza była tragiczna. Udało mi się odebrać maile, ale wysłać już się nie dało.
Po powrocie na uniwersytet nadal niewiele się działo. Ale przynajmniej zaczęli się schodzić ludzie. Wypiliśmy kawę u Rudiego – dyrektora finansowego – i poasystowaliśmy mu przy produkcji łóżeczka dla jego małego syna – Karola.
Show rozpoczął się ok. godziny 11. Wejście kosztowało nas po 3 kina, ale było warto! Zaprezentowały się grupy z prawie wszystkich regionów PNG, ubrane w tradycyjne stroje, tańczące tradycyjne tańce. Naprawdę trzeba to zobaczyć!
Po lanczu popłynęliśmy na Krangket Lodge. Kurs kosztuje 5 kina, do wioski położonej na tej samej wyspie płynie się za kilkadziesiąt toja. Zdzierstwo straszliwe, ale warto tam popłynąć. Na miejscu zainkasowali od nas następne 5 kina za pobyt i mogliśmy już pływać sobie wokół raf koralowych i podziwiać ryby. Niestety nie mieliśmy zbyt wiele czasu, więc zbyt długo nie popływaliśmy :(
Dziś rano po porannej mszy pojechaliśmy na uniwersytet po Rudiego i Nicka, żeby popłynąć z nimi katamaranem Rudiego na otwarty ocean.
Na początku nie mieliśmy wiatru, musieliśmy więc trochę wiosłować. Przepłynęliśmy obok lotniska, którego pas startowy kończy się w morzu. Ciekawe ile samolotów wyhamowało w wodzie? Mogliśmy też podziwiać papuaskie toalety, których wylot znajdował się w morzu.
Po chwili wiosłowania, obok nas pojawili się papuascy chłopcy z pobliskiej wyspy płynący w kanu. Prawie nie wiosłowali, a płynęli szybciej od nas. Szczęśliwie w końcu pojawił się słaby wiatr i popłynęliśmy szybciej.
Ponieważ wiatr nam nie sprzyjał, nie udało by nam się dopłynąć na Peak Island. Rudi z Nickiem postanowili, że przepłyniemy za pas raf koralowych na otwarty ocean, żeby dotrzeć do wyspy od drugiej strony. To dopiero była zabawa! Fale przelewające się przez pokład, bujanie i niezła prędkość! Podobało mi się!
Wyspa nas oczarowała – piękne widoki, klimat rodem z opowieści o Robinsonie Crusoe. Jeszcze większy zachwyt nastąpił, gdy włożyliśmy maski i płetwy, żeby pooglądać podwodny świat. Przejrzysta i ciepła woda, przepiękne koralowce i tabuny pięknych, kolorowych ryb. Wszystko to sprawiało, że nie chciało się nam wracać do Madang.
Ponieważ podróż na wyspę zajęła nam trochę za dużo czasu, musieliśmy dość szybko się zbierać, żeby wrócić przed zmierzchem. Na szczęście w drodze powrotnej wiatr nam sprzyjał i dotarliśmy na miejsce dużo szybciej. Trochę się na tej łódce spiekliśmy, ale chyba nie na tyle, żeby z tego powodu w nocy cierpieć.
Po powrocie zasiedliśmy do kolacji i oglądania w TV mszy kończącej światowe dni młodzieży w Kolonii. Ks. Goli transmitował mszę dla tutejszej młodzieży na podwórzu. Siedział z nimi i wszystko im tłumaczył. My oglądaliśmy w domu. Wszystko dzięki katolickiej telewizji satelitarnej EWTN z USA. To druga, po BBC, niekodowana stacja, którą można tu odbierać. Na BBC oczywiście w tym temacie nie ma co liczyć. Ale czegóż wymagać od Anglików, u których katolik nie może być członkiem rządu. O zabójstwie brata Rogera nawet nie wspomnieli…
Kończą się światowe dni młodzieży, kończy się też nasz pobyt w Madang. Jutro ostatni dzień – zakupy, pakowanie, kolacja z Polakami na Divine Word Uniwersity i we wtorek wracamy w góry.

Wczoraj wieczorem pojechaliśmy do Waterfront Restaurant położonej przy samym oceanie – przepiękne miejsce. Zamówiliśmy pizzę, była prawie tak dobra jak w Europie.
Niestety wieczorem dostałem biegunki, która męczyła mnie przez całą noc i pół dzisiejszego dnia. Do tego rano okazało się, że mam również gorączkę. Konkluzja była prosta – coś złapałem. Pojechaliśmy więc do lekarza. W PNG jest tylko jedna akademia medyczna, nie mają więc zbyt wielu lekarzy. Większa część pracujących tu lekarzy to zagraniczni misjonarze lub wolontariusze. Udaliśmy się do Jurka – polskiego zakonnika, chirurga. Zalecił mi dietę w postaci czerwonego wina lub mocniejszych trunków oraz czosnku. Do tego dużo płynów.
Chwilę po mnie zaraza dotknęła również Krzysia. Rozpoczęliśmy więc wspólną kurację od szklaneczki szkockiej, później była słodka zupa z kurczakiem i kukurydzą, kieliszek czerwonego wina i biegunka zniknęła…
Jurto wybieramy się na Cultural Show, który odbywa się na tutejszym uniwersytecie. A południu, jeśli pogoda się nie pogorszy, zamierzamy popłynąć na wyspę Krangket.

Dziś po śniadaniu pojechaliśmy na zakupy pamiątek. Odwiedziliśmy sklepiki przy Resort Hotel i rozpoczęło się kupowanie.
Gdy ks. Jan chciał kupić 20 wisiorków, Krzyś wziął się za targowanie ceny. Niestety kobieta nie chciała nic opuścić, a nawet kazała Krzyśkowi zamilknąć i iść sobie. W tej sytuacji stwierdziliśmy, że nic więcej u niej nie kupimy. Zaczęliśmy kupować dookoła, a kobieta, gdy zobaczyła ile zostawiamy pieniędzy zaczęła się awanturować i krzyczeć, żebyśmy stąd szli i u nikogo nie kupowali. Była wściekła, bo zobaczyła, że inne kobiety zarabiają na nas a ona nie. Na koniec do awantury dołączył się jakiś facet i zaczął wrzeszczeć, że mamy sobie stąd iść i nie wracać. Zaczął nas wyzywać.
Poszliśmy więc sobie i resztę pamiątek nabyliśmy na miejscowym rynku. Moi towarzysze podróży kupowali olbrzymie ilości pamiątek, ja kupiłem tylko dwie małe maski, bulim (pleciona torba na ramię) z kokosa. Kupiłem również przyrząd, który mężczyźni z Sepiku nakładali sobie kiedyś na przyrodzenie i chodzili w tym wstydząc się chodzić zupełnie nago – to wersja mężczyzny, który mi to sprzedawał.
Z marketu wyszliśmy z dużą ilością zakupów i delikatnym lękiem, przed kradzieżą, które zdarzają się tu na porządku dziennym.
Lunch i całe popołudnie spędziliśmy w Jais Aben pluskając się w oceanie i grając w karty. Wieczorem wybieramy się na pizze.
Jutro część naszej grupy wraca do Mt. Hagen, żeby odwiedzić parafię ks. Mariana. Zostaniemy tu tylko ja, Krzyś i ks. Marek K.

Moja pierwsza noc w tropiku jest gorąca i bardzo głośna. Na początku koncert dają cykady, później jakieś żaby, a nad ranem różnego rodzaju ptaki. Od samego rana wszystko lepi się od panującej tu wilgoci i gorąca. Nie da się tu długo spać, więc wstajemy wcześnie.

Po porannej mszy św. wybieramy się do centrum na małe zakupy. Odwiedzamy kilka marketów i miejscowy rynek. Można tu kupić różne tradycyjne wyroby, jednak zakup pamiątek odkładam na później.
Po zakupach jedziemy do hotelu/restauracji Jais Aben. W drodze przydarzyła nam się dziura w oponie i musieliśmy zmieniać koło.

Po dojechaniu na miejsce okazało się, że jest to pięknie usytuowany lokal – siedzimy przy zatoce, z widokiem na ocean, jemy rybny lunch i wskakujemy do wody. Malownicze widoki i ciepłą woda sprawiają, że pływa się wspaniale. Podobno w zatoce jest zatopiony japoński samolot z czasów drugiej wojny światowej. Bez sprzętu do nurkowania jednak nic nie udaje się nam zobaczyć. Gdybyśmy zapisali się na kurs w tutejszej szkole nurkowania, moglibyśmy przyjrzeć mu się z bliska, jednak nie mamy na to czasu.

Sielankowy nastrój psuje zardzewiały gwóźdź w molo, który wbija mi się w stopę. Na szczęście mamy ze sobą objazdowy punkt opatrunkowy z Kagua. Krzyś opatruje mi ranę i na tym kończę na razie moją kąpiel w oceanie.

Na kolację jedziemy w to samo miejsce. Tym razem zamawiam krewetki w sosie słodko-kwaśnym, które udaje mi się zjeść przy pomocy pałeczek. Jedzenie oczywiście smakuje wyśmienicie.
Po powrocie do ojca “Golego” – u którego nocujemy – okazuje się, że urządza on właśnie festyn dla młodzieży, na którym stajemy się chwilową atrakcją. Spać idziemy wcześnie, bo przecież rano znów obudzi nas upał i ptaki.

Dziś po śniadaniu pojechaliśmy zwiedzić miejscowy uniwersytet. Pracuje w nim kilkoro Polaków, których oczywiście odwiedzamy. Uniwersytet jest bardzo uroczym miejscem – spędzamy tam kilka godzin.

Później jedziemy odwiedzić szkołę dla dziewcząt, w której uczą się one jak być dobrymi gospodyniami domowymi. Jedziemy zwiedzić cmentarz misyjny i wracamy do Jais Aben. Cały dzień słońce grzeje dość intensywnie, dlatego resztę dnia spędzam w cieniu.

Droga z Ialibu do Madang zajęła nam 13 godzin. Była dość męcząca, ale piękne widoki rekompensowały nam trudy podróży.
Szczęśliwie nikt nas po drodze nie napadł. Podobno ostatnio policja rozprawiła się z raskalami i jest teraz przez jakiś czas w miarę bezpiecznie.
Ok 200km przed Madang droga schodzi z gór. W dość szybkim tempie wysokość spada o 1500m, temperatura rośnie, wilgoć oblepia ciało, wkraczamy w klimat tropikalny. Następne kilkadziesiąt kilometrów prowadzi przez przepiękną równinę otoczoną górami. Mijamy różne plantacje: ananasy, kokosy, banany, trzcina cukrowa. A wszystko to rozciąga się na płaskiej jak talerz przestrzeni.
Wyprawa na wybrzeże - zjazd w dół Wyprawa na wybrzeże - plantacje
Przed autem przelatują nam papugi kakadu – podobno bardzo łatwe do oswojenia. Kupowane na rynku znają przynajmniej jedno zdanie: koki kaj kaj (kakadu jeść).
Do Madang docieramy już po zmierzchu. Księża odprawiają mszę i jedziemy na kolację do “Ocean restaurant”. Jedzenie wspaniałe. Po kolacji jedziemy jeszcze na basen – do najlepszego hotelu w mieście – “Madang resort”. Właściciel jest bardzo przyjazny misjonarzom i wszyscy mają darmowy wstęp na basen.

Dziś parafia w Kaugua obchodziła doroczny odpust. Okazało się, że Papuasi przygotowali świetną oprawę mszy, na koniec przygotowali nawet dwa krótkie przedstawienia. Było również to, bez czego nie da się tu świętować – mumu, a ja w prezencie dostałem świeżego, soczystego ananasa – pycha!
Odpust - procesja z Ewangelią Odpust - procesja z darami Odpust - przedstawienie
Po południu spakowaliśmy rzeczy i rozpoczęliśmy wyprawę na wybrzeże. Dziś dotarliśmy do Ialibu tu przenocujemy, a jutro z rana wyruszamy do Madang.

Dziś po porannej mszy uczestniczyliśmy w spotkaniu z ministrantami. Wypytywali nas o wiele rzeczy. Przy rozmowie na temat zawodu Krzyś musiał się nieźle napocić, żeby wytłumaczyć im co ja tak naprawdę robię, i po co. Większość z nich nie widziała nigdy na oczy komputera, więc wydaje mi się, że do końca nie załapali o co chodzi.
Dziwny jest ten kraj. Mają cenne bogactwa naturalne – złoto i ropę nafową. Kraj urzymuje się z opłat za ich eksploatację. Nie ma podatków, a mimo to lokalny przemysł praktycznie nie istnieje. Żywność, ubrania i większość kupowanych tu rzeczy sprowadzana jest z Australii. Rząd nie jest zainteresowany rozwojem przemysłu i powstawaniem lokalnych firm, bo – jak twierdzą niektórzy – musieli by wydać na to część państwowych pieniędzy, a tak mogą wydać je na swoje prywatne potrzeby.
Z drugiej strony ludzie są bardzo ciekawi świata, ale nie mają jak zaspokajać tej ciekawości. Gdyby mieli dobre drogi, prąd, telefony i internet, ich rozwój mógłby być bardzo szybki. A tak tylko niewielką grupę mieszkańców, żyjących na terenach ropo- lub złotonośnych, stać na podróżowanie poza Papuę i poznawanie świata.

Wczoraj wybraliśmy się na wyprawę do stolicy diecezji – Mendi. Droga była całkiem dobra (jak na papuaskie standardy). Po drodze mijaliśmy kilka wiosek, każda składała się z małego placu i kilku podobnie wyglądających domów. Obok domów często ustawione są mini cmentarzyki z grobami członków rodziny.
Mendi - domy tubylców
Stolica prowincji składa się z jednej głównej ulicy, przy której znajduje się lotnisko, poczta, policja, bank i kilka sklepów. Miasteczko jest więc raczej małe, według europejskich standardów pewnie nie nazwano by go miastem. Ale za to ma prąd, telefony i piękne widoki.
Mendi - widok Mendi - główna ulica
W całej Papui liczba telefonów jest tak mała, że książka telefoniczna całego kraju jest grubości lubelskiej książki telefonicznej.
W Mendi spotkaliśmy się z biskupem. Po krótkiej rozmowie o sytuacji w PNG i ich najpilniejszych potrzebach pojechaliśmy na kolację do (podobno) najlepszej knajpy w mieście.
Knajpa, a w zasadzie hotel z restauracją, wygląda niewiele lepiej od przydrożnych knajpek w Polsce. Ale za to przy parkingu znajduje się klatka z gadającą papugą (“koki kaj kaj”) i Kamarem (duży struś).
Zjedliśmy to co było, czyli jakieś mięso smakujące jak podeszwa i pojechaliśmy spać.
Rano zwiedziliśmy szkołę katechetyczną w budowie, zjedliśmy sniadanie i trzeba było wracać do Kagua. Niestety okazało się, że w Mendi skończyła się benzyna i musimy dojechać – na tym co zostało w naszych bakach – do Ialibu. Troszkę obawialiśmy się, że nie wystarczy nam paliwa, ale silnik zgasł nam dopiero w samym Ialibu, gdy podjeżdżaliśmy pod górkę.
W Mendi Krzyś odebrał pocztę email i okazało się, że nasza babcia leży w szpitalu i jest z nią niewesoło. Będziemy wieczorem dzwonić, żeby dowiedzieć się szczegółów.

O 7.30 obudził nas Marek. Zbrodnicza pora, ale co było robić. Zjedliśmy śniadanie i pojechaliśmy do Kagua. Pod koniec drogi okazało się, że alternator nie ładuje już wcale akumulatora i ten prawie wyzionął ducha. Na szczęście silnik zgasł dopiero w Kagua i udało się go jeszcze zapalić “na popych”. Teraz Johanes – papuaski pracownik – przekłada pasek klinowy z bardziej zepsutego samochodu, tak żeby udało się nam jutro dojechać do Mendi.
W Kagua woda jest i to nawet ciepła, więc – po wczorajszym niedoborze wody – wszyscy okupują prysznic.

Wybraliśmy się w podróż do Erave – najbardziej oddalonej od “centrali” parafii. Droga była nadzwyczaj dobra. Zbudowana z kamieni, a na mapach zaznaczona jako autostrada w planach.
Erave - Autostrada Erave - Most na Wara Yelow
Trzęsło nami przez ponad dwie godziny, ale opłacało się. Okolica była naprawdę przepiękna! Udało się nam nawet ujrzeć z daleka rajskiego ptaka. Rajski ptak jest symbolem Papui i jest podobno bardzo piękny. Jednak z daleka trudno to było ocenić.
Rajskie ptaki są tu elementem kulturowym – świąteczny strój z okolic Erave to właśnie strój rajskiego ptaka.
Erave - Rajski ptak
Ludzie w Erave przyjęli nas bardzo serdecznie. Przynieśli sporo świeżych owoców (uwielbiam soczyste ananasy – prosto z krzaka). A gdy okazało się, że zbiornik z wodą jest pusty, przynieśli wiadrami wodę z rzeki. Starają się, bo Erave wciąż nie ma proboszcza i muszą przyjeżdżać tu księża z Kagua. Proboszczem zostanie prawdopodobnie Marek, a ponieważ od jakiegoś czasu obsługuje on Erave dojeżdżając z Kagua, ludzie traktują go już jak swojego księdza.
Okazuje się, że dawniej Erave było całkiem sporą misją, z dwoma dużymi domami, ogrodem i warsztatem. Niestety zakonnicy się zestarzeli, a na ich miejsce nikt nie przyjechał. Teraz parafię obsługuje diecezja. Podobnie działo się w wielu parafiach na Papui.
Wieczorna msza była pełna radości, śpiewów i tańców. Papuasi są bardzo muzykalni, ich egzotycznie brzmiące głosy sprawiają, że wszystko brzmi przepięknie…
Erave - Msza
Noc nie należała do najlepszych, w domu nikt na codzień nie mieszkał, więc zadomowiły się w nim szczury i karaluchy. Gdy wszyscy ucichli ich aktywność wzrosła i przez jakiś czas zastanawiałem się, kiedy zaczną spacerować po mnie…