Po śniadaniu wyruszyliśmy w dalszą podróż. Ostatni jej etap wiódł nas przez Ialibu do Kagua - miejscowości, w której zamieszkuje i pracuje Krzyś. Z powodu braku miejsc w samochodzie część z nas (w tym ja) podróżowała na pace. Dzięki temu mogłem przyglądać się dokładnie krajobrazom.
Muszę przyznać, że moje wyobrażenia dotyczące dużych miast w PNG były mylne. Nie są one wcale duże, a ich zabudowa i drogi przypominają raczej te znane u nas z większych wiosek.
Droga z Mt. Hagen do Ialibu była całkiem niezła (jak na Papuę) i dość szybko dotarliśmy na miejsce. Zatrzymaliśmy się tam u polskiego zakonnika (który jest również mechanikiem) na kawę i tankowanie. Obejrzeliśmy pęknięty wahacz z Mazdy Krzysia (nowy miał przyjechać lada dzień) i pojechaliśmy dalej starym i piszczącym Suzuki Samurai.
Po drodze mijaliśmy PMV - papuaską odmianę naszego PKS. Tyle, że tutaj jeździ się samochodami terenowymi lub małymi busami. Wszystkie oczywiście wypełnione do granic wytrzymałości. Z każdą chwilą droga stawała się coraz gorsza. Szybko przekonałem się po co, po stronie pasażera, zamontowano uchwyt, zamiast większego schowka. Gdyby nie on i zapięte pasy, dojechałbym do Kagua z głową przebitą przez dach.

Bardzo zaskoczyło mnie powitanie, które zgotowali mi parafianie Krzysia. Młodzi wręcz wywlekli mnie z auta, ściskali, przytulali i cieszyli się naprawdę szczerze! Dostałem w prezencie bilum (I’ve been to PNG) i czapeczkę, zrobione oczywiście odręcznie i specjalnie dla mnie. Musiałem też przejść przez udekorowane kwiatami drzwi. Słowem bardzo miło!
Krzysiowa “posiadłość” również mnie zaskoczyła. Nie spodziewałem się, że mieszka w tak dobrych warunkach. Nie ma tam światła, ale generator pracuje co dzień, przez 6 godzin, ale jest to naprawdę wystarczające. Cała woda pochodzi z opadów deszczu - w Kagua prawie prawie co dzień. Spadająca na dach deszczówka odprowadzana jest rynnami do olbrzymiego zbiornika. Stamtąd, gdy działa generator, przepompowywana jest do mniejszego zbiornika położonego wyżej, dzięki czemu może płynąć z kranu, gdy prąd jest wyłączony. Na dachu znajduje się “solar”, w którym słońce ogrzewa wodę. Dzięki temu jest ona gorąca nawet późnym wieczorem. O 18 poszliśmy na mszę św. Byłem pod wielkim wrażeniem papuaskich śpiewów - przygotowanych specjalnie na nasze powitanie. Żadne filmy ani nagrania nie oddają tej atmosfery. To naprawdę trzeba usłyszeć na żywo! Podczas mszy wszystkie dzieci gapiły się na mnie, jak na rzadki eksponat muzealny, a przy znaku pokoju wszyscy prawie wyrywali sobie moją rękę. Nie jestem przyzwyczajony do takiego zainteresowania moją osobą, więc czułem się trochę nieswojo.
Po mszy poszliśmy na pyszną kolację przygotowaną przez zakonnice. Później porozmawialiśmy chwilę i po wyłączeniu generatora poszliśmy spać.

No comments
RSS dla komentarzy tego wpisu