Poranna pobudka nie należała do zbyt przyjemnych. Wciąż nie przestawiłem się na tutejszy czas. Po śniadaniu poszliśmy na mszę św. Ministranci Krzysia ubrali się w ludowe stroje i uświetniali mszę śpiewami i tańcami. Było to kolejne wzruszające przeżycie, szczególnie, że zrobili to tylko ze względu na nasz przyjazd. Niestety ich stroje są już skażone naszą cywilizacją i rażą trochę wystające spod ubrania dżinsy i adidasy na nogach.

Po mszy kolejna porcja powitań i uścisków, dzieci oblepiły mnie i całą drogę do plebanii przebyłem w grupce ściskających mnie za ręce maluchów. Później zrobiliśmy kilka zdjęć i rozdaliśmy kilka torebek cukierków, które zniknęły momentalnie. Pół dnia spędziliśmy na dłubaniu przy komputerze Krzysia.

Dziś imieniny Kajtusia, które muszę świętować na odległość. Wieczorem udało mi się dodzwonić do Polski przy pomocy telefonu satelitarnego. Niestety Kaj nie miał ochoty na rozmowę. Przeżywał mój wyjazd i nie chciał nawet rozmawiać na temat taty.
Okazało się też, że moja babcia jutro idzie do szpitala na badania. Może wreszcie zdiagnozują jej chorobę, bo ciągnie się to już strasznie długo…

No comments
RSS dla komentarzy tego wpisu