O 7.30 obudził nas Marek. Zbrodnicza pora, ale co było robić. Zjedliśmy śniadanie i pojechaliśmy do Kagua. Pod koniec drogi okazało się, że alternator nie ładuje już wcale akumulatora i ten prawie wyzionął ducha. Na szczęście silnik zgasł dopiero w Kagua i udało się go jeszcze zapalić “na popych”. Teraz Johanes – papuaski pracownik – przekłada pasek klinowy z bardziej zepsutego samochodu, tak żeby udało się nam jutro dojechać do Mendi.
W Kagua woda jest i to nawet ciepła, więc – po wczorajszym niedoborze wody – wszyscy okupują prysznic.