Wczoraj wybraliśmy się na wyprawę do stolicy diecezji - Mendi. Droga była całkiem dobra (jak na papuaskie standardy). Po drodze mijaliśmy kilka wiosek, każda składała się z małego placu i kilku podobnie wyglądających domów. Obok domów często ustawione są mini cmentarzyki z grobami członków rodziny.
Mendi - domy tubylców
Stolica prowincji składa się z jednej głównej ulicy, przy której znajduje się lotnisko, poczta, policja, bank i kilka sklepów. Miasteczko jest więc raczej małe, według europejskich standardów pewnie nie nazwano by go miastem. Ale za to ma prąd, telefony i piękne widoki.
Mendi - widok Mendi - główna ulica
W całej Papui liczba telefonów jest tak mała, że książka telefoniczna całego kraju jest grubości lubelskiej książki telefonicznej.
W Mendi spotkaliśmy się z biskupem. Po krótkiej rozmowie o sytuacji w PNG i ich najpilniejszych potrzebach pojechaliśmy na kolację do (podobno) najlepszej knajpy w mieście.
Knajpa, a w zasadzie hotel z restauracją, wygląda niewiele lepiej od przydrożnych knajpek w Polsce. Ale za to przy parkingu znajduje się klatka z gadającą papugą (”koki kaj kaj”) i Kamarem (duży struś).
Zjedliśmy to co było, czyli jakieś mięso smakujące jak podeszwa i pojechaliśmy spać.
Rano zwiedziliśmy szkołę katechetyczną w budowie, zjedliśmy sniadanie i trzeba było wracać do Kagua. Niestety okazało się, że w Mendi skończyła się benzyna i musimy dojechać - na tym co zostało w naszych bakach - do Ialibu. Troszkę obawialiśmy się, że nie wystarczy nam paliwa, ale silnik zgasł nam dopiero w samym Ialibu, gdy podjeżdżaliśmy pod górkę.
W Mendi Krzyś odebrał pocztę email i okazało się, że nasza babcia leży w szpitalu i jest z nią niewesoło. Będziemy wieczorem dzwonić, żeby dowiedzieć się szczegółów.