Wstaliśmy wcześnie - o 8 rano - żeby zdążyć na śniadanie. Okazało się, że nasze pokoje są bez śniadania i za śniadanie musimy zapłacić. Stwierdziliśmy, że jak mamy płacić, to wolimy zjeść “na mieście”. Tym razem wybraliśmy u Tajwańczyka pierogi i ten wybór okazał się bardzo dobry. Jedzenie wreszcie mi smakowało, może to dlatego, że wreszcie nie bolała mnie głowa.
Ponieważ musieliśmy zwolnić pokoje, pojechaliśmy na lotnisko. Postanowiliśmy zostawić bagaże w przechowalni i jeszcze trochę pozwiedzać miasto. Gdy dotarliśmy na lotnisko, okazało się, że nasz odlot przesunął się o kolejne 3 godziny, co dało w sumie 8 godzin poślizgu.
Spóźniony lot
Poszliśmy do informacji turystycznej po poradę co zrobić z taką ilością wolnego czasu. Sympatyczny pan wytłumaczył nam dokładnie jak mamy jechać i co oglądać. Polecił nam autobusy SIA, które objeżdżają całe miasto zatrzymując się w ciekawych punktach. Raz kupiony bilet upoważnia do jeżdżenia tymi autobusami przez cały dzień. Okazało się, że jako podróżni SIA mamy zniżkę na wiele rzeczy w Singapurze, między innymi na ten autobus.
Dojechaliśmy metrem do centrum i wyruszyliśmy w objazd po mieście. Z braku czasu musieliśmy ograniczyć się tylko do kilku miejsc. Wybraliśmy hinduską świątynię Sri mariamman w Chinatown,ogród botaniczny (w zasadzie tylko rzut oka na ogród) i dzielnicę little india.
Singapur - ogród botaniczny Singapur - Little India
Na obiad postanowiliśmy zjeść coś “normalnego”. Po dłuższych poszukiwaniach znaleźliśmy Pizza Hut, gdzie zjedliśmy pizzę. Nie smakowała tak jak w Polsce, ale dla mnie i tak była o wiele lepsza od tajskich przysmaków. Pizza Hut mieści się w największym w Singapurze sklepie ze sprzętem IT. Spędziliśmy w nim kilkadziesiąt minut, ale nic nie kupiliśmy, bo w Papui i tak mogliby nam to ukraść.
Na lotnisko wróciliśmy po 21, a więc 7 godzin przed odlotem. Zjedliśmy jakieś kanapki na kolację, a resztę czasu spędziliśmy czytając i okupując stanowiska z internetem. Nocą chyba żadne lotnisko nie jest miejscem przyjaznym dla turystów…

W Singapurze po wyjściu z klimatyzowanego lotniska od razu dało się odczuć, że zmieniliśmy klimat na tropikalny. Z lotniska pojechaliśmy do hotelu. Doba hotelowa rozpoczynała się od 14, ale na szczęście mogliśmy wcześniej zostawić bagaże. Nie mogliśmy iść spać, poszliśmy więc zwiedzać Singapur. Na pierwszy ogień poszła główna ulica miasta - Orchad Road.
Singapur - Orchad Road
Ponieważ było gorąco i parno dość szybko zatrzymaliśmy się na degustację lokalnego piwa “Tiger”. Piwo wyśmienite, niestety znów musiałem walczyć z bólem głowy.
W porze obiadowej postanowiliśmy spróbować kuchni tajskiej. Próba nie była zbyt udana. Pół talerza zupy, które udało mi się zjeść wpominałem jeszcze przez kilka dni.
Singapur - Zupa tajska
Po obiedzie poszliśmy do hotelu trochę się przespać. Niestety długo nie pospaliśmy - do hotelu zadzwoniła pani z Orbisu (gdzie kupowaliśmy nasze bilety) i powiedziała, że nie wie co się dzieje, ale zmieniła się nam w systemie godzina wylotu do Papui. Musieliśmy więc znaleźć biuro Air Niugini. Na poszukiwania wyruszyliśmy taksówką i dzięki pomocy kolegów taksówkarza udało nam się znaleźć właściwy budynek.
W przedstawicielstwie linii lotniczych poinformowano nas, że z przyczyn technicznych nasz odlot opóźni się o 5 godzin. Zdziwiło nas, że nikt nie pokusił się nawet o “przepraszam”. Później dowiedzieliśmy się, że 5 godzin opóźnienia w PNG nie jest niczym nadzwyczajnym. Ot - PNG time.
Po załatwieniu sprawy odlotu poszliśmy zwiedzać Singapore by night. Wieczorem miasto wygląda zupełnie inaczej. Na ulicach, w sklepach i knajpkach tłok. Podobno jedną z dewiz Singapurczyków jest “kupuję więc jestem”. Rzeczywiście - szał zakupowy od razu rzuca się w oczy.
Kolację zjedliśmy w chińskiej knajpce, była o wiele lepsza od obiadu, ale ja i tak marzyłem o normalnym europejskim jedzeniu. Po kolacji wróciliśmy do hotelu, aby się wreszcie porządnie wyspać. Niestety, nocny odpoczynek urozmaicała nam kapela przygrywająca w hotelowej knajpce. Czyżbym miał już do końca wyjazdu chodzić niewyspany?

Pobudka o 6.00 i msza św. Później szybkie śniadanie i wyjazd na lotnisko. Odprawiliśmy się dość szybko i resztę czasu spędziliśmy w poczekalni.
W samolocie (był to Airbus A321) miałem miejsce przy oknie, więc mogłem dokładnie obserwować mój pierwszy w życiu lot. Oderwanie się od ziemi nie było zbyt przyjemne, ale stwierdziłem, że podoba mi się latanie samolotami.
Lotnisko we Frankfurcie zadziwiło mnie ilością obsługiwanych lotów. Co chwilę startował lub lądował jakiś samolot. My przesiedliśmy się do większego samolotu (Boening 747) singapurskich linii lotniczych. Podobno SIA są najlepszymi liniami na tej trasie. Rzeczywiście - wspaniała obsługa i bardzo dobre jedzenie zapadają w pamięć. Do tego każdy pasażer ma przed sobą monitor, na którym może obejrzeć jeden z kilkunastu oferowanych filmów, pograć w grę, wybrać do słuchania jedną z kilkudziesięciu płyt lub śledzić trasę przelotu. Niestety rozbolała mnie głowa i nie mogłem rozsmakować się w serwowanych drinkach.
Miałem nadzieję, że w czasie lotu pośpię i ból przedzie. Niestety dostało mi się miejsce przy przejściu, i gdy tylko przysnąłem, ktoś z moich sąsiadów potrzebował wstać. Gdy udało mi się usnąć na dłużej samolot wleciał nad zatokę bengalską i wpadliśmy w turbulencje. Niestety nie potrafię spać, gdy trzęsie mi się głowa, do Singapuru dotarłem więc z niewyspany i nadal bolała mnie głowa.

W sierpniu 2005 wybrałem się, na zaproszenie mojego brata, w podróż do Papui - Nowej Gwinei. Podróż była bardzo ekscytująca i pełna wrażeń. Był to mój pierwszy lot samolotem, pierwsza podróż poza europę, na drugą półkulę i wiele innych pierwszych razów…