Wyruszyliśmy dziś do wodospadu na rzece Kira. Znów na pace. Co chwilę mijaliśmy uśmiechniętych ludzi. Kawałek przed wodospadem natrafiliśmy na uszkodzony most – to tutaj normalka. Zostawiliśmy więc samochody i resztę drogi pokonaliśmy pieszo – otoczeni chmarą dzieciaków, za człowiekiem, który uparł się być naszym przewodnikiem.
Kagua - dzieciaki
Droga wiodła obok jakiegoś domu. Człowiek, który z niego wyszedł stwierdził, że nie życzy sobie, żebyśmy szli nad jego wodospad. Krzyś lekko się zdenerwował i powiedział, że nie będzie w takim razie z nim rozmawiał. Gdyby zaczął rozmowę okazało by się pewnie, że możemy przejśc, jeśli zapłacimy compensation. Zawróciliśmy więc, informując, że jak ktoś z wioski będzie czegoś chciał od księży, to nie mają na co liczyć. Towarzyszący nam ludzie przestraszyli się i zaczęli nam tłumaczyć, że to nie jego wodospad, że należy on do całej wsi, i że oni zgadzają się, żebyśmy tam szli. Papuasi to ludzie strachu, boją się wielu rzeczy i strachem najwięcej można u nich zwojować.
Chwilę później przyszedł do nas sprawca całego zamieszania i zaczął nas przepraszać. Zgodził się, żebyśmy szli, więc ruszyliśmy dalej. Droga prowadziła przez koryto rzeki, po obłoconych kamieniach, po których ślizgały się nawet najlepsze buty. Nic więc dziwnego, że zaliczyłem upadek do wody. Tylko Papuasi, idący boso, nie ślizgali się wcale.
Kagua - upadek
Wodospad okazał się dość małym, ale widoczek cieszył oczy. Zrobiliśmy kilka zdjęć z papuaskimi dziećmi w roli głównej i poszliśmy dalej wzdłuż rzeki. Papuaskie dzieci szaleją z radości, gdy robi się im zdjęcia. Każde z nich chce się na nim znaleźć. Robią przy tym różne głupie miny, tak, że trudno o jakiekolwiek naturalne zdjęcie.
Kagua - wodospad Kagua - wodospad
W drodze powrotnej nasz przewodnik uczył mnie jak w Tokples witać się rano i po południu. Twierdził, że jak pobędę tu jeszcze kilka miesięcy, to nauczę się ich języka. Gdy powiedziałem, że będę tu tylko przez kilka dni, szczerze się zmartwił.
Rimbarego – dzień dobry (rano)
Alembo Ama – po południu do kobiety (Ama – znaczy mama)
Alembo Amija – po południu do mężczyzny
Teraz siedzimy i czekamy, aż upiecze nam się mumu. Mumu, to jedna z najbardziej typowych potraw, robiona tylko od święta. Przepis jes banalny: należy wykopać dół, wyłożyć go rozgrzanymi na ogniu kamieniami i przykryć kamienie liściami bananowca. Na liście należy położyć poćwiartowaną świnię, wraz z różnymi tutejszymi warzywami. Wszystko przykrywamy liśćmi bananowca, rozgrzanymi kamieniami i dusimy przez kilka godzin.
Kagua - mumu Kagua - mumu
Mumu em i gutpela kajkaj tru – mumu, to naprawdę bardzo dobre jedzenie.
Kagua - mumu Kagua - mumu

Poranna pobudka nie należała do zbyt przyjemnych. Wciąż nie przestawiłem się na tutejszy czas. Po śniadaniu poszliśmy na mszę św. Ministranci Krzysia ubrali się w ludowe stroje i uświetniali mszę śpiewami i tańcami. Było to kolejne wzruszające przeżycie, szczególnie, że zrobili to tylko ze względu na nasz przyjazd. Niestety ich stroje są już skażone naszą cywilizacją i rażą trochę wystające spod ubrania dżinsy i adidasy na nogach.
Kagua - przygotowania
Po mszy kolejna porcja powitań i uścisków, dzieci oblepiły mnie i całą drogę do plebanii przebyłem w grupce ściskających mnie za ręce maluchów. Później zrobiliśmy kilka zdjęć i rozdaliśmy kilka torebek cukierków, które zniknęły momentalnie. Pół dnia spędziliśmy na dłubaniu przy komputerze Krzysia.
Kagua - po mszy
Dziś imieniny Kajtusia, które muszę świętować na odległość. Wieczorem udało mi się dodzwonić do Polski przy pomocy telefonu satelitarnego. Niestety Kaj nie miał ochoty na rozmowę. Przeżywał mój wyjazd i nie chciał nawet rozmawiać na temat taty.
Okazało się też, że moja babcia jutro idzie do szpitala na badania. Może wreszcie zdiagnozują jej chorobę, bo ciągnie się to już strasznie długo…

Po śniadaniu wyruszyliśmy w dalszą podróż. Ostatni jej etap wiódł nas przez Ialibu do Kagua – miejscowości, w której zamieszkuje i pracuje Krzyś. Z powodu braku miejsc w samochodzie część z nas (w tym ja) podróżowała na pace. Dzięki temu mogłem przyglądać się dokładnie krajobrazom.
Muszę przyznać, że moje wyobrażenia dotyczące dużych miast w PNG były mylne. Nie są one wcale duże, a ich zabudowa i drogi przypominają raczej te znane u nas z większych wiosek.
Droga z Mt. Hagen do Ialibu była całkiem niezła (jak na Papuę) i dość szybko dotarliśmy na miejsce. Zatrzymaliśmy się tam u polskiego zakonnika (który jest również mechanikiem) na kawę i tankowanie. Obejrzeliśmy pęknięty wahacz z Mazdy Krzysia (nowy miał przyjechać lada dzień) i pojechaliśmy dalej starym i piszczącym Suzuki Samurai.
Po drodze mijaliśmy PMV – papuaską odmianę naszego PKS. Tyle, że tutaj jeździ się samochodami terenowymi lub małymi busami. Wszystkie oczywiście wypełnione do granic wytrzymałości. Z każdą chwilą droga stawała się coraz gorsza. Szybko przekonałem się po co, po stronie pasażera, zamontowano uchwyt, zamiast większego schowka. Gdyby nie on i zapięte pasy, dojechałbym do Kagua z głową przebitą przez dach.
Mt. Hagen - PMV
Bardzo zaskoczyło mnie powitanie, które zgotowali mi parafianie Krzysia. Młodzi wręcz wywlekli mnie z auta, ściskali, przytulali i cieszyli się naprawdę szczerze! Dostałem w prezencie bilum (I’ve been to PNG) i czapeczkę, zrobione oczywiście odręcznie i specjalnie dla mnie. Musiałem też przejść przez udekorowane kwiatami drzwi. Słowem bardzo miło!
Krzysiowa “posiadłość” również mnie zaskoczyła. Nie spodziewałem się, że mieszka w tak dobrych warunkach. Nie ma tam światła, ale generator pracuje co dzień, przez 6 godzin, ale jest to naprawdę wystarczające. Cała woda pochodzi z opadów deszczu – w Kagua prawie prawie co dzień. Spadająca na dach deszczówka odprowadzana jest rynnami do olbrzymiego zbiornika. Stamtąd, gdy działa generator, przepompowywana jest do mniejszego zbiornika położonego wyżej, dzięki czemu może płynąć z kranu, gdy prąd jest wyłączony. Na dachu znajduje się “solar”, w którym słońce ogrzewa wodę. Dzięki temu jest ona gorąca nawet późnym wieczorem. O 18 poszliśmy na mszę św. Byłem pod wielkim wrażeniem papuaskich śpiewów – przygotowanych specjalnie na nasze powitanie. Żadne filmy ani nagrania nie oddają tej atmosfery. To naprawdę trzeba usłyszeć na żywo! Podczas mszy wszystkie dzieci gapiły się na mnie, jak na rzadki eksponat muzealny, a przy znaku pokoju wszyscy prawie wyrywali sobie moją rękę. Nie jestem przyzwyczajony do takiego zainteresowania moją osobą, więc czułem się trochę nieswojo.
Po mszy poszliśmy na pyszną kolację przygotowaną przez zakonnice. Później porozmawialiśmy chwilę i po wyłączeniu generatora poszliśmy spać.

W samolocie Air Niugini przywitał nas charakterystyczny dla Papui zapach. Oczywiście nie udało się nam wylecieć na czas, odlot opóźniła drobiazgowa kontrola na lotnisku. Lot minął bardzo szybko – prawie cały przespałem.
Po przylocie odstaliśmy swoje w kolejce, zapłaciliśmy po 18$ i dostaliśmy wizę turystyczną. Oczywiście papuaski urzędnik miał “problemy” z pomnożeniem 18 * 4 i wyszło mu odrobinę więcej niż 72$, ale szybko wyjaśniliśmy sprawę i została nam tylko odprawa celna.
Gdy zauważyliśmy, że kontrolerki drobiazgowo przeczesują wszystkim bagaże, postanowiliśmy przyznać się w deklaracji do przewożonej przez nas kiełbasy. Ponieważ Papuasi zabraniają przywożenia do ich kraju kiełbas, mięs i roślin, kontrolerki zaczęły nam konfiskować kiełbasy “do zniszczenia”. Szczęśliwie miałem “towar” rozłożony po całej walizce, więc wręczyłem kobiecie dwie paczki z kabanosami, a ta nie szukała już dalej. Dzięki temu wybiegowi uchroniłem przed zniszczeniem (przez spożycie) dwie paczki krakowskiej.
Po kontroli szybko przemieściliśmy się do terminala krajowego, skąd polecieliśmy do Mt. Hagen. Lot trwał godzinę, a na płycie lotniska (!) czekał już na nas Krzyś z kolegami. Po przywitaniu i odebraniu bagaży pojechaliśmy do siedziby zaprzyjaźnionych Michaelitów, gdzie mieliśmy zaplanowany pierwszy nocleg.
W Mt. Hagen nie było ani parno, ani gorąco. Klimat był całkiem przyjemny, a w nocy było nawet chłodno…
Kolacja i nocne Polaków rozmowy zakończyły ten pełen wrażeń dzień.

Wstaliśmy wcześnie – o 8 rano – żeby zdążyć na śniadanie. Okazało się, że nasze pokoje są bez śniadania i za śniadanie musimy zapłacić. Stwierdziliśmy, że jak mamy płacić, to wolimy zjeść “na mieście”. Tym razem wybraliśmy u Tajwańczyka pierogi i ten wybór okazał się bardzo dobry. Jedzenie wreszcie mi smakowało, może to dlatego, że wreszcie nie bolała mnie głowa.
Ponieważ musieliśmy zwolnić pokoje, pojechaliśmy na lotnisko. Postanowiliśmy zostawić bagaże w przechowalni i jeszcze trochę pozwiedzać miasto. Gdy dotarliśmy na lotnisko, okazało się, że nasz odlot przesunął się o kolejne 3 godziny, co dało w sumie 8 godzin poślizgu.
Spóźniony lot
Poszliśmy do informacji turystycznej po poradę co zrobić z taką ilością wolnego czasu. Sympatyczny pan wytłumaczył nam dokładnie jak mamy jechać i co oglądać. Polecił nam autobusy SIA, które objeżdżają całe miasto zatrzymując się w ciekawych punktach. Raz kupiony bilet upoważnia do jeżdżenia tymi autobusami przez cały dzień. Okazało się, że jako podróżni SIA mamy zniżkę na wiele rzeczy w Singapurze, między innymi na ten autobus.
Dojechaliśmy metrem do centrum i wyruszyliśmy w objazd po mieście. Z braku czasu musieliśmy ograniczyć się tylko do kilku miejsc. Wybraliśmy hinduską świątynię Sri mariamman w Chinatown,ogród botaniczny (w zasadzie tylko rzut oka na ogród) i dzielnicę little india.
Singapur - ogród botaniczny Singapur - Little India
Na obiad postanowiliśmy zjeść coś “normalnego”. Po dłuższych poszukiwaniach znaleźliśmy Pizza Hut, gdzie zjedliśmy pizzę. Nie smakowała tak jak w Polsce, ale dla mnie i tak była o wiele lepsza od tajskich przysmaków. Pizza Hut mieści się w największym w Singapurze sklepie ze sprzętem IT. Spędziliśmy w nim kilkadziesiąt minut, ale nic nie kupiliśmy, bo w Papui i tak mogliby nam to ukraść.
Na lotnisko wróciliśmy po 21, a więc 7 godzin przed odlotem. Zjedliśmy jakieś kanapki na kolację, a resztę czasu spędziliśmy czytając i okupując stanowiska z internetem. Nocą chyba żadne lotnisko nie jest miejscem przyjaznym dla turystów…

W Singapurze po wyjściu z klimatyzowanego lotniska od razu dało się odczuć, że zmieniliśmy klimat na tropikalny. Z lotniska pojechaliśmy do hotelu. Doba hotelowa rozpoczynała się od 14, ale na szczęście mogliśmy wcześniej zostawić bagaże. Nie mogliśmy iść spać, poszliśmy więc zwiedzać Singapur. Na pierwszy ogień poszła główna ulica miasta – Orchad Road.
Singapur - Orchad Road
Ponieważ było gorąco i parno dość szybko zatrzymaliśmy się na degustację lokalnego piwa “Tiger”. Piwo wyśmienite, niestety znów musiałem walczyć z bólem głowy.
W porze obiadowej postanowiliśmy spróbować kuchni tajskiej. Próba nie była zbyt udana. Pół talerza zupy, które udało mi się zjeść wpominałem jeszcze przez kilka dni.
Singapur - Zupa tajska
Po obiedzie poszliśmy do hotelu trochę się przespać. Niestety długo nie pospaliśmy – do hotelu zadzwoniła pani z Orbisu (gdzie kupowaliśmy nasze bilety) i powiedziała, że nie wie co się dzieje, ale zmieniła się nam w systemie godzina wylotu do Papui. Musieliśmy więc znaleźć biuro Air Niugini. Na poszukiwania wyruszyliśmy taksówką i dzięki pomocy kolegów taksówkarza udało nam się znaleźć właściwy budynek.
W przedstawicielstwie linii lotniczych poinformowano nas, że z przyczyn technicznych nasz odlot opóźni się o 5 godzin. Zdziwiło nas, że nikt nie pokusił się nawet o “przepraszam”. Później dowiedzieliśmy się, że 5 godzin opóźnienia w PNG nie jest niczym nadzwyczajnym. Ot – PNG time.
Po załatwieniu sprawy odlotu poszliśmy zwiedzać Singapore by night. Wieczorem miasto wygląda zupełnie inaczej. Na ulicach, w sklepach i knajpkach tłok. Podobno jedną z dewiz Singapurczyków jest “kupuję więc jestem”. Rzeczywiście – szał zakupowy od razu rzuca się w oczy.
Kolację zjedliśmy w chińskiej knajpce, była o wiele lepsza od obiadu, ale ja i tak marzyłem o normalnym europejskim jedzeniu. Po kolacji wróciliśmy do hotelu, aby się wreszcie porządnie wyspać. Niestety, nocny odpoczynek urozmaicała nam kapela przygrywająca w hotelowej knajpce. Czyżbym miał już do końca wyjazdu chodzić niewyspany?

Pobudka o 6.00 i msza św. Później szybkie śniadanie i wyjazd na lotnisko. Odprawiliśmy się dość szybko i resztę czasu spędziliśmy w poczekalni.
W samolocie (był to Airbus A321) miałem miejsce przy oknie, więc mogłem dokładnie obserwować mój pierwszy w życiu lot. Oderwanie się od ziemi nie było zbyt przyjemne, ale stwierdziłem, że podoba mi się latanie samolotami.
Lotnisko we Frankfurcie zadziwiło mnie ilością obsługiwanych lotów. Co chwilę startował lub lądował jakiś samolot. My przesiedliśmy się do większego samolotu (Boening 747) singapurskich linii lotniczych. Podobno SIA są najlepszymi liniami na tej trasie. Rzeczywiście – wspaniała obsługa i bardzo dobre jedzenie zapadają w pamięć. Do tego każdy pasażer ma przed sobą monitor, na którym może obejrzeć jeden z kilkunastu oferowanych filmów, pograć w grę, wybrać do słuchania jedną z kilkudziesięciu płyt lub śledzić trasę przelotu. Niestety rozbolała mnie głowa i nie mogłem rozsmakować się w serwowanych drinkach.
Miałem nadzieję, że w czasie lotu pośpię i ból przedzie. Niestety dostało mi się miejsce przy przejściu, i gdy tylko przysnąłem, ktoś z moich sąsiadów potrzebował wstać. Gdy udało mi się usnąć na dłużej samolot wleciał nad zatokę bengalską i wpadliśmy w turbulencje. Niestety nie potrafię spać, gdy trzęsie mi się głowa, do Singapuru dotarłem więc z niewyspany i nadal bolała mnie głowa.

W sierpniu 2005 wybrałem się, na zaproszenie mojego brata, w podróż do Papui – Nowej Gwinei. Podróż była bardzo ekscytująca i pełna wrażeń. Był to mój pierwszy lot samolotem, pierwsza podróż poza europę, na drugą półkulę i wiele innych pierwszych razów…